Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
poniedziałek, 9 marca 2026 07:45
Reklama Biuro Rachunkowe Orion Magdalena Rogaczewska
Braniewo. Aleksandra Trepczyńska z szansą na mistrzostwo świata

Kobieta to siła. Pomóżmy Oli w walce i w spełnieniu jej marzeń!

Jeszcze kilka lat temu ważyła 46 kilogramów przy 180 centymetrach wzrostu. Jej organizm był niemal na skraju wyczerpania. Dzisiaj jest mistrzynią Polski w w athletics figure i trenuje do mistrzostw świata, które odbędą się w listopadzie 2026 roku, w Sewilli. O anoreksji, o hejcie, o ciężkiej pracy na siłowni i o tym, jak bardzo w sporcie potrzebne są pieniądze rozmawiam z Aleksandrą Trepczyńską.
Kobieta to siła. Pomóżmy Oli w walce i w spełnieniu jej marzeń!

Autor: Arch. Aleksandry Trepczyńskiej

Wojciech Andrearczyk: Wątek pieniędzy i założonej przez ciebie zbiórki planowałem początkowo zostawić na koniec naszej rozmowy. Pomyślałem jednak, że może nie wszyscy dotrwają do końca. A jestem pewien, że nie tylko ja bardzo bym chciał, żebyś pojechała do Sewilli na mistrzostwa, żebyś reprezentowała tam nasze miasto i wróciła z tytułem. To jednak wymaga pieniędzy...

Aleksandra Trepczyńska: — Nie lubię o tym rozmawiać, ale niestety, muszę. Założyłam profil na Zrzutka.pl, chcę uzbierać 15 tys. złotych. Te pieniądze już w jakimś stopniu pokryłyby część niezbędnych wydatków. Nie mówię, że całość, bo sporo będę musiała dołożyć ze swojej kieszeni. Trzeba pokryć koszty przelotu, noclegów. Oczywiście też wpisowe na zawody. Koszt wpisowego zależy od tego, w jakich kategoriach i ile razy chciałabym wyjść na scenę. Czyli za każde wpisowe się płaci. W moich pierwszych zawodach za same wpisowe zapłaciłam ponad 2 tysiące złotych. Do tego dochodzi opalanie natryskowe, które jest jednakowo robione dla wszystkich zawodników. To wszystko kosztuje.

 

Każdy, kto chce pomóc Aleksandrze Trepczyńskiej w zdobyciu upragnionego tytułu mistrzyni świata może wesprzeć finansowo jej zbiórkę na portalu Zrzutka.pl

 

Dla naszych czytelników tylko przypomnę, że jesteś mistrzynią Polski w fitness atletycznym. Nie jesteś więc „żółtodziobem”. Ale jak to się właściwie stało, że akurat wybrałeś tę drogę?

— Dla mnie piękne jest to umięśnienie. Lubię bardzo ciężką pracę, lubię ciężary, lubię jeść. W tym sporcie mamy różnorodne pozy, w których mogę bardziej się pokazać. Nie tak jak w innych kategoriach, w których są tylko cztery pozy.
 

Co się eksponuje w tych pozach?

— Bicepsy, tricepsy, mogę sobie również brać niektóre pozy z męskich dziedzin. Sędziowie na to przychylnie patrzą, bo pokazujemy nie tylko pozy obowiązkowe, ale również dodatkowe – plecy, brzuch, nogi. Mamy również swój układ indywidualny, który trwa minutę, więc tu możemy także pobawić się. Dla mnie to jest po prostu zabawa. Zabawa, w której tak naprawdę spełniam się w stu procentach.
 

A kiedy był ten moment, w którym zdecydowałaś się startować z zawodach? Bo to jednak jest już krok dalej, prawda?

— Do zawodów zaczęłam przygotowywać się w 2023 roku, na początku listopada. Moi znajomi powiedzieli mi: „Olka, trzeba coś z tym zrobić: albo idziesz na zawody, albo rzucasz to, bo już czas chyba coś pokazać”. Tak naprawdę ja do dzisiaj w siebie nie wierzę. Na szczęście wierzą we mnie inni. Mój trener, znajomi, rodzina. To trener powiedział mi: „robimy to, i to; co będzie, to będzie; ja w ciebie wierzę – nieważne, jakie miejsce zajmiesz, dla mnie już wygrałaś”. Ja też uważam, że już wygrałam. Można powiedzieć, że wygrałam drugie życie. Bo nie wiadomo, jakby dalej się potoczyło. Może już by mnie nie było na tym świecie? A dzięki siłowni jestem, idę do przodu i staram się również pomagać ludziom, przekazywać swoją wiedzę. Jeśli jakiś podopieczny do mnie przychodzi, to jemu też chcę pomóć.
 

Co jest najtrudniejszego w tej drodze do zostania mistrzynią?

— Nasz mózg. Mózg i myślenie. To jest podstawa. Bo niestety, na każdym etapie, czy to na etapie w okresie masowym, czy na etapie redukcji – przygotowań do tych zawodów, to jest najgorsze, co może być. Najgorsze, żeby człowiek został sam. Wtedy potrzebujemy tego wsparcia z zewnątrz. Gdy człowiek ma te zawahania, że nie dam rady, gdy chce to rzucić. Ale dzięki tym osobom, które są obok mnie, które dają mi tego przysłowiowego kopa, po prostu wiem, że dam radę. Że stanę na tej scenie i pokażę tę swoją ciężką pracę. Także najgorsza jest psychika. To, żeby wytrzymać. Bo przygotowania do zawodów są bardzo trudne. Gdy zmniejszamy tę ilość kaloryki, organizm chce jeść, a my nie możemy jeść, musimy głód zapijać wodą, to jest najgorsze.
 

A jakie to uczucie zostać mistrzynią Polski?

— To było dla mnie tak naprawdę zaskoczenie, szok. Zawsze jak wychodzę na scenę, to mówię „co ma być, to będzie”. Mówię sobie, że już wygrałam. To, że stanęłam na tej scenie, że się pokazałam. Więc kiedy ogłosili werdykt, że właśnie wygrałam mistrzostwa Polski, to był dla mnie szok. Niedowierzanie, że coś takiego mogło się stać. Więc czy na mistrzostwach świata wygram, czy przegram, dla mnie to jest tak naprawdę bez znaczenia. Ważne, że byłam, że się pokazałam, że zrobiłam co mogłam. Medal jest tylko zwieńczeniem.
 

Okej, no ale załóżmy, że wygrasz te mistrzostwa świata.

— O kurde!
 

A dlaczego nie? Przecież to też ważne, żeby sobie ten cel wyobrażać i do niego dążyć, prawda? Na pewno tak robisz, nie wierzę, że nie.

— No robię, oczywiście, że robię. Ale z jednej strony wolę nastawić się negatywnie, niż później się rozczarować.
 

Gdzie widzisz siebie, za rok, za dwa, za pięć lat? Czy jest jakaś taka ścieżka kariery w tym sporcie?

— Chciałabym zdobyć kartę pro. Karta pro oznacza, że tak naprawdę jesteś już najlepszym zawodnikiem na świecie. I później wejść w to jeszcze głębiej, startować na Mr. Olympia czy na Arnold Classic, w Stanach Zjednoczonych. To jest tylko dla zawodników, którzy mają tę kartę pro i między sobą rywalizują. To jest taki największy cel, jaki chciałabym osiągnąć. Ustać na scenie i przybić sobie piątkę właśnie z Arnoldem Schwarzeneggerem, jeżeli – daj Boże – jeszcze będzie żył.
 

Wesprzyj dążenia Aleksandry Trepczyńskiej na portalu Zrzutka.pl

 

A takie zwykłe, typowe lenistwo, zdarza ci się? Że chciałabyś poleżeć, pospać, obejrzeć serial?

— Chce się. A niestety nie ma na to czasu. Prowadzę swoich podopiecznych, staram się również pracować z młodzieżą. W tamtym roku, po 14 latach, wróciłam do swojej szkoły. Chciałam pokazać, że dziecko ze wsi, które nie pochodzi z bogatej rodziny, też może odnosić sukcesy. Bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy stworzeni do wielkich czynów. I nieważne, czy pochodzimy z biednej rodziny, czy z bogatej rodziny, możemy osiągnąć wszystko, jeżeli tylko chcemy. I nie patrzmy się na innych ludzi, na to, co mówią, że nas hejtują. Tylko jeżeli mamy już jakiś cel na swojej drodze, to dążmy do niego.
 

Super słowa. Ja właśnie też chcę pokazać w tej rozmowie z tobą, że to, że ktoś jest z prowincji, nie oznacza, że jest gorszy. Tym bardziej, że tak często w naszych małych miejscowościach spotykamy się z takim zniechęceniem...

— Dokładnie! To, że jesteś ze wsi, nie oznacza, że nic nie osiągniesz! Bo właśnie jest czasem odwrotnie.


Nie jesteś z Braniewa. Jak to się stało, że się tu znalazłaś?

— Pochodzę z województwa mazowieckiego, z Rydzenia Szlacheckiego – bardzo małej wioseczki koło Strzegowa, na trasie do Warszawy.


Jak wyglądało twoje dzieciństwo?

— Jestem dzieckiem rolników. Rodzice może nie mieli ze mną ciężko, ale byłam takim dzieckiem, że wszędzie było mnie pełno. Mam jeszcze dwie starsze siostry. A tata – wiadomo – chciał mieć syna. Niestety urodziły się trzy córki, więc gdzieś tam zawsze z tatą byłam w gospodarstwie, czy przy maszynach, czy przy zwierzakach, zawsze wszędzie było mnie pełno. Później doszła do tego jazda konna, ale miałam także... zespół muzyczny. Sporo robiłam w swoim życiu.
 

Czyli mimo tego że spędziłaś dzieciństwo w małej wioseczce, to jednak nie nudziłaś się i nie narzekałaś na brak zajęć?

— Nie, absolutnie nie. Pomagałam rodzicom na roli. I właśnie za to, że ciężko pracowałam, jestem im wdzięczna. A także za wsparcie, które z ich strony zawsze miałam.
 

To chyba też teraz przydaje się, prawda?

— Tak, zdecydowanie!


No dobrze, ale powiedz, jak się znalazłaś w Braniewie?

— Przyjechałam tu... za miłością (śmiech). Mój narzeczony jest z Braniewa.


Co było wcześniej?

— W 2013 roku poszłam na studia do Olsztyna. Tam studiowałam dwa kierunki: technika weterynarii i biologię medyczną. I gdzieś właśnie wtedy na swojej drodze spotkałam siłownię. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że pójdę w ten sport. Tak po prostu chodziłam, bo chodziłam. Przyglądałam się, patrzyłam się, jak to wszystko wygląda. W Olsztynie mieszkałam do 2024 roku. I właśnie wtedy na mojej drodze stanął mój obecny partner, mój narzeczony.
 

Spotkaliście się w Olsztynie, czy gdzieś indziej? Jak to wyglądało?

— Na portalu randkowym (śmiech). Gdzieś tam zawsze słyszałam od moich znajomych na siłowni, „jak ty trenujesz, to masz taki wyraz twarzy, jakbyś chciała komuś...”. I może też właśnie większość ludzi może bała podejść do mnie.
 

Może nie większość ludzi, a większość mężczyzn?

— Możliwe, tym bardziej, że w dzisiejszych czasach mężczyźni boją się tak naprawdę silnych i samodzielnych kobiet. Więc dziękuję Bogu, że właśnie mój obecny narzeczony stanął na mojej drodze. Tym bardziej, że musiał zaakceptować mój sport.
 

Ale z tego, co widziałem na zdjęciach, to jemu też nic nie brakuje. Rozumiem, że tutaj macie wspólną pasję.

— Tak, on też trenuje. Chciałam nawet przygotować go na zawody, żeby poszedł w tym kierunku, ale on nie czuje tego, więc nie mogę zmusić. Robi to dla siebie i dla zdrowia.
 

Wróćmy na chwilę do Olsztyna. Skończyłaś studia...

— Tak, skończyłam studia.
 

...ale nie pracowałaś w wyuczonym zawodzie?

— Nie, nie pracowałam. Po biologii medycznej mogłam zgłosić się do pracy w Sanepidzie, ale tam wymagania były bardzo duże, wymagano doświadczenia zawodowego. Łapałam się więc różnych prac, gdzie tylko można było. Tak, żeby zarobić jakieś pieniądze, choćby nawet na te zawody. Nie ma co się oszukiwać – to jest bardzo drogi sport.
 

Przejdźmy do tego, co było na pewno ważnym etapem w twoim życiu, co często podkreślasz. Anoreksja. Jak to się w ogóle stało, że chorowałaś, że byłaś anorektyczką?

— Ja nie byłam w ogóle tego świadoma, że jestem chora. Gdzieś tam w trakcie dorastania najpierw pojawiła mi się anemia. Kilka razy byłam w szpitalu. Może to był też jakiś wpływ rówieśników? W szkole byłam najwyższa, grałam w kosza, jeździłam na zawody, także w bieganiu. I nie byłam w ogóle świadoma tego, że coś jest nie tak. Dopiero w Olsztynie, jak już byłam na studiach, powiedział mi to lekarz: ma pani anoreksję.
 

Ile miałeś wtedy lat? 

— 19, może 20. Wtedy miałam taki mały wypadek. Jak to na studiach: fajeczka, szybko, rano, bez śniadania, bez żadnego jedzenia, do tego energetyk. Szłam na zajęcia, na uczelnię i obudziłam się na drodze, po prostu na chodniku. Wtedy też mi wykryli, że mam cukrzycę. Ja mam cukrzycę?! Taka chuda osoba, przecież cukrzycę mają osoby z otyłością – mówiłam sobie.
 

Ile ważyłaś? 

— 46 kilogramów. Przy wzroście 180 centymetrów. Wtedy już w miejscach, gdzie skóra dotykała kości, to już miałam takie po prostu siniaki.
 


A czy sama zauważałaś to, czy nie widziałaś tego? Często się mówi, że anoreksja jest taką chorobą, której „się nie widzi”. Lub nie chce się jej widzieć.

— Oczywiście! Ja nadal uważałam, że wszystko jest okej. Nie byłam tego świadoma. Były takie dni nawet, że potrafiłam 3-4 dni nie jeść i nie czułam głodu. Może właśnie przez papierosy, może właśnie przez to, że tylko piłam te energetyki. Patrzyłam w lustro i mówiłam, że nadal jest fajnie, jest okej. Były już widoczne żebra, ścięgna. Ale powtarzałam sobie, że wszystko jest spoko.
 

Momentem przełomowym był ten wypadek, kiedy obudziłaś się na chodniku?

— Nie, momentem przełomowym, uświadomieniem sobie, że trzeba wreszcie wziąć się za siebie, była siłownia. Bywało tak, że odprowadzałam znajomych na siłownię, ale absolutnie nie trenowałam z nimi. W ogóle nie wchodziłam na siłownię. Mówiłam sobie, że przecież to nie jest mój świat, to nie jest moja bajka.
 

Czyli bardziej papierosek i energetyk?

— Tak jest! Tak, to był wtedy mój świat! Ale wtedy też moi znajomi powiedzieli mi „chodź, wejdziesz z nami na siłownię, zobaczysz jak to jest”. Na początku krępowałam się. Widziałam tych ludzi na siłowni, jak wyglądają. A ja wyglądałam tak niefajnie... Ale jak już weszłam na tę siłownię, wzięłam te hantle, te kilogramy, to poczułam, że chcę to robić, chcę iść w tym kierunku. Wróciłam do domu, zaczęłam przeglądać internet. Wtedy na przykład pierwszy raz dowiedziałam się, że Arnold Schwarzenegger był kulturystą. Nie tylko aktorem. Zaczęłam oglądać te wszystkie kobiety trenujące na zachodzie. I powiedziałam sobie: tak chcę wyglądać.
 

Ale wytłumacz mi to: jak z anorektyczki zrobić kulturystkę???

— Rzeczywiście, wtedy nie było jeszcze takiej osoby, trenera, która podjęłaby się wzięcia mnie pod swoje skrzydła. W takim stanie, w jakim byłam, każdy mówił „wiesz co, nie chcę cię brać, bo to ciężko z taką osobą, masz zaburzony układ hormonalny, nie chcemy w to ingerować. Na szczęście trafiła się wyjątkowa osoba – mój trener w Olsztynie, Krzysztof Rodkiewicz, który podjął się pracy ze mną.
 

Wtedy zaczęłaś odbudowywać swoją relację z ciałem przez sport, czy było jeszcze coś po drodze? 

— Nie, to było właśnie wtedy. Bo to było już w tym momencie, kiedy ja nawet nie wychodziłam już z domu. Nie wiem, czy to był lęk przed ludźmi, przed tym tłumem? Jeśli nawet wyszłam z mieszkania, czy na zakupy, to już zaraz miałam wrażenie, że zemdleję. I czułam te oczy, tych wszystkich osób na mnie. Wtedy już miałam taką świadomość, że jestem tak chuda, że wszyscy na mnie się patrzą. To trwało około roku.
 

Zmieniałaś to jakoś stopniowo? Bo przecież żeby ćwiczyć, trenować, to musisz nabrać tej masy. Tymczasem anoreksja większości z nas kojarzy się z tym, że ktoś nie je. Albo je, a później zmusza się do tego, żeby to jedzenie zwrócić...

— Było ciężko... Tak – jak się ćwiczy, trenuje – to musisz tej masy nabrać. Powtórzę: było to dla mnie bardzo ciężkie. Wcześniej, jak coś jadłam, to była tylko zwykła zupka, albo nawet tylko chlebek z masłem. I nagle mój trener mi mówi: „Olka, musisz jeść!”.
 

I jadłaś! Pamiętasz, co ci na początku najbardziej smakowało? Było coś takiego, co nagle stwierdziłaś, że to jest bardzo smaczne? 

— Zwykły makaron. Zwykły ugotowany makaron. Ale wtedy to ja tak naprawdę zaczęłam poznawać te wszystkie produkty, jak one smakują! Nawet taki zwykły makaron polany tłuszczem, ze skwareczkami, to było coś!
 

Czyli tak na konkretnie? 

— Tak, oczywiście, że tak. Na początku fakt, było bardzo ciężko. Jak ta kaloryka jedzenia wzrastała. Przecież wcześniej prawie nic nie jadłam, a nagle miałam przyswajać 2,5 tysiąca kalorii. Boże, jak ja to zobaczyłam, to pomyślałam, że nie dam rady.
 

Sporo miejsca poświęcamy tutaj ciału, a jak to wygląda od strony psychiki? Jak wyrobiłaś sobie też tę formę psychiczną? Musiałaś ją sobie wypracować, prawda? Mówiłaś, że widziałaś ludzi, którzy się na ciebie patrzą, widziałaś, że jesteś chuda, więc przypuszczam, że byłaś taką raczej...

— ...szarą myszką. Zagubiłam się na początku w takim swoim świecie, zamknęłam się przez tych ludzi, przez ich wzrok na mnie. Jak zaczęłam trenować to mierzyłam się też z hejtem. Dużo tego było... I to troszkę dołowało. Pojawiały się łzy. Mówiłam sobie, że to już jest koniec. Że trzeba to rzucić. Mówiłam sobie: „po cholerę mi to” – za przeproszeniem...
 

Hejt wiązał się z tym, że jesteś chuda i zaczynasz ćwiczyć?

— Tak. „Nie dasz rady”, „połamiesz się”, „to nie dla ciebie”, „będziesz wyglądać jak facet”. Ja sobie zdaję z tego sprawę, że ten sport w Polsce jest bardzo zacofany, jeżeli chodzi o kobiety. W Polsce bardziej są doceniane sylwetki fitness. Czyli te panie, które startują w bikini, albo w wellness. Ja piękno widzę inaczej, czyli właśnie w kulturystyce. Nie uważam, że to jest coś ujmującego, jeżeli kobieta ma mięśnie. Mamy równouprawnienie. Jeżeli mężczyzna może być murarzem, albo hydraulikiem, to kobieta również może być, tak? Mężczyźni są i fryzjerami, i również są stylistami paznokci, tak? To dlaczego kobieta nie może iść akurat w ten sport? Kiedy już startowałam do swoich pierwszych zawodów, również dostawałam wiadomości, że wyglądam jak facet. Ale moja rodzina, moi znajomi z siłowni, mój partner mówili mi „po co się tym przejmujesz?; robisz to dla siebie, to jest twoje życie, to jest twoje zdrowie, a czemu ktoś ma przeżywać twoje życie?”. Dzięki temu oparciu zdałam sobie sprawę, że nie trzeba tym się przejmować. Bo ja chcę przeżyć moje życie tak, jak ja chcę.
 

Pamiętam, że widziałem kiedyś taką grafikę, na której było napisane: problemy zostają za drzwiami siłowni. Faktycznie tak jest? 

— Jest. Zakładając słuchawki, skupiając się na treningu zostawiamy to wszystko, co jest za nami. Ale niestety – wychodząc z siłowni mamy znowu te problemy, prawda? Dlatego najważniejsze jest to, aby mieć z kim porozmawiać o tych problemach i starać się je rozwiązać, a nie zamiatać pod dywan. Tylko dzisiaj ludzie ze sobą nie rozmawiają, siedzą w telefonach, w tych social mediach. Modna staje się patologia. Te streamingi w internecie, te gale fame MMA, te prime'y – dla mnie to jest po prostu patologia. Dzieci patrzą się na to i później biorą z tego przykład.
 

A czy ten sukces, który odniosłaś, coś zmienił w twoim życiu? Czy inni zaczęli cię inaczej postrzegać, ty zaczęłaś siebie inaczej postrzegać?

— Ja nadal postrzegam siebie tak, jak do tej pory. Uważam, że jeszcze nie pokazałam, na co mnie stać, to na pewno. Nie lubię tego określenia „mistrzyni”. Ja normalnie jestem Ola i tyle w temacie. Nie lubię, jak ktoś jakoś wywyższa moje osiągnięcia. Jestem nadal tą normalną osobą. Woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Dlatego absolutnie nie nazywajcie mnie tak. Jestem nadal Ola, ta sama osoba i tyle. I koniec.
 

Dobrze, odejdźmy na chwilę od siłowni. Co robisz poza siłownią, tak prywatnie? 

— Siłownia wypełnia większość mojego czasu, zwłaszcza gdy szykuję się do tych moich kolejnych zawodów. Ale lubię sobie posiedzieć w ogródku, pogrzebać sobie gdzieś tam w ziemi. Mam pięć psów w domu, trzy koty, więc one też potrzebują mojej atencji. Staramy się z moim narzeczonym, jak mamy troszeczkę wolnego czasu, gdzieś sobie po prostu wyjechać, chociaż na ten jeden dzień. Odciąć się od tych telefonów, od social mediów, od ludzi. Pójś sobie nad wodę, przejść sobie po lesie, odpocząć.
 

Masz jakieś takie ulubione miejsca gdzieś w okolicy? 

— Nie zdradzę! Ale lubimy takie miejsca, gdzie nie ma ludzi, gdzie można sobie odpocząć po cichu, rozłożyć kocyk, gdzie jest szum wody. Nawet na grzyby sobie iść. Tam, gdzie jest cisza, spokój, ptaszki sobie ćwierkają. Wyciszyć się.
 

No to znów wróćmy do siłowni. Wyobraź sobie, że masz dzień takiego naprawdę ciężkiego treningu. Jak ten dzień wygląda? O której godzinie wstajesz? Co jesz? Jak się przygotowujesz do tego dnia?

— W skrócie? Pracuję od poniedziałku do niedzieli, więc nie ma tutaj różnicy. Wstaję codziennie 5-6 rano, szykuję sobie posiłki na cały dzień. Oczywiście mam posiłki podzielone na dni treningowe, albo dni nietreningowe. Pracę zaczynam od godziny 9. Zdarza się, że pracuję do 22. Rano pracuję na siłowni do 13, później na chwilkę jadę do domu, bo trzeba wyjść z psami, ogarnąć się troszeczkę. Przyjeżdżam znowu na siłownię i praktycznie jestem tutaj do wieczora. Tak to wygląda.
 

Ale nie tylko ty trenujesz, ale też trenujesz innych, prawda? Jesteś zatrudniona jako trenerka?

— Tak, pracuję w siłowni MAXIMUS, do której oczywiście wszystkich zapraszam. Dzięki właścicielowi – Stanisławowi Chojnackiemu – jest tutaj naprawdę wspaniała atmosfera.
 

Z panami także trenujesz?

— Też, też, oczywiście! Chociaż panowie może inaczej patrzą, bo gdzie może kobieta mnie trenować, prawda? Jak to może być? Ale łamię te stereotypy, również panowie do mnie przychodzą, więc jest wesoło. Jest wesoło, mimo że ze mną nie ma lekko, są ciężkie treningi, ale moi podopieczni nie poddają się. Jeżeli widzę u nich naprawdę efekty, to również dodaje mi to skrzydeł.
 

Panie też do ciebie przychodzą. Co je motywuje do tego, żeby przyjść tutaj na siłownię? Bo też jest taki stereotyp, że ludzie chodzący na siłownię chcą na przykład schudnąć. Zamienić tłuszcz na mięśnie. Mówi się o tym, że otyłość jest plagą. Zdarza się tak, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi, że chce schudnąć?

— Tak, zdarza się. Ale też często gdzieś tam po drodze zaczynają się odkrywać inne choroby, o których ktoś nie miał nawet pojęcia, że są. Insulinooporność, nadczynność czy niedoczynność tarczycy i inne. Dlatego zawsze każdemu mówię: możemy podjąć współpracę, treningi, ale potrzebuję badania lekarskie. Wtedy mogę na tej podstawie określić, jak idziemy dalej, układam odpowiednią do tego dietę, odpowiedni trening.
 

Czy przychodzą do ciebie takie osoby, które nigdy nie miały do czynienia z siłownią?

— Są, oczywiście, że są. I bardzo często są to takie osoby, które są na pierwszym spotkaniu bardzo zamknięte w sobie, mają niską samoocenę. Nie mogą się odnaleźć, bo właśnie przyszły tutaj pierwszy raz. Ale ja zawsze mówię, że u mnie na siłowni jest bardzo fajna atmosfera, jesteśmy jedną wielką rodziną. Zwykle już po dwóch, trzech treningach widzę zmiany w zachowaniu takiej osoby. Zaczyna być bardziej otwarta do ludzi, zaczyna się więcej uśmiechać, zaczyna już mieć głowę wysoko. Już nie patrzy się w ziemię.
 

Jak przekonasz takie zakompleksione może trochę osoby, żeby się przełamały i przyszły na siłownię?

— Mówię im: „nie patrz się, co jest wokół ciebie”. Po prostu wyobrazi sobie, że jesteśmy tylko we dwoje na tej siłowni. Inni niech nas nie obchodzą, jesteśmy my. Tak naprawdę każdy zaczynał kiedyś od zera. Trzeba skupić się na sobie. Robimy godzinę treningu, wychodzimy, i tyle. To jest nasz czas.

 

Każdy, kto chce pomóc Aleksandrze Trepczyńskiej w zdobyciu upragnionego tytułu mistrzyni świata może wesprzeć finansowo jej zbiórkę na portalu Zrzutka.pl


 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama